Spędzenie 17 godzin pod kołdrą nie wygeneruje zimowego snu.

Port Lotniczy Gdańsk im. Lecha Wałęsy

Tak, tak! Potwierdzone info. Możecie leżeć i próbować, a nawet 99% tego czasu naprawdę przespać. W końcu i tak znajdzie się coś/ktoś co/kto wywlecze Was spod kołdry na ten okropny ziąb (w moim wypadku była to mama, która stanowczo zarządziła koniec buntu na pokładzie). Od kiedy pamiętam nie lubiłam jesieni. Każdy październik kończył się, w najlepszym wypadku, chandrą. Zamykamy sezon żeglarski, dni robią się coraz krótsze, brakuje witaminy D, a pogoda wymusza robienie z siebie „swetrowej” cebuli. Dodatkowo jesień to paskudna perspektywa co najmniej czterech miesięcy siedzenia pod kocem, przy biurku, w oczekiwaniu na lepsze, cieplejsze czasy. W tym roku postanowiłam temu zaradzić. Mój ulubiony artysta, L.U.C., w jednej ze swoich piosenek śpiewa „jak dziadek w kiosku całe życie w ruchu”…

…no to GO!

Znacie taką stronę azair.com? Jeżeli tak, to z pewnością opcja „take me anywhere” nie jest Wam obca. Od dłuższego czasu kołacze mi się w głowie myśl o podróży w pojedynkę. Pomysł ten rozwijał się we mnie stopniowo, ale mocno oplatała go tajemnicza otoczka wyższego poziomu trudności. Kiedy na początku października kliknęłam przycisk „szukaj” w wyszukiwarce lotów, nagle okazało się,  że czterogodzinna podróż pociągiem i telefon z dostępem do internetu, w zupełności wystarczą do zaplanowania weekendowego wypadu. Dwa tygodnie później wylądowałam w Sztokholmie..

Krąży po świecie takie powiedzenie, że perfekcja to nic innego, jak ciągłe zmiany. I tym razem sprawy potoczyły się nieco inaczej, niż pierwotnie planowałam. Przede wszystkim – nie pojechałam sama (z czego ogromnie się cieszę i gorąco pozdrawiam Amelię ;*). Bilety na loty kupiłam za to nie na koniec listopada, tylko na za dwa tygodnie. Szwecja nie jest tanim krajem i o ile loty do jego stolicy można znaleźć w bardzo okazyjnych cenach, to trzeba się liczyć z tym, że to dopiero początek. W naszym przypadku bilet na autobus z lotniska do centrum w jedną stronę kosztował tyle samo co loty w obie ;D Hostele można znaleźć w bardzo przystępnych cenach. Trzeba się jednak liczyć z tym, że znajdziecie tam łóżka w pokojach wieloosobowych i nierzadko – koedukacyjnych. Nasz był bardzo sympatyczny, o nazwie Interhostel, zlokalizowany ok. 15 minut spacerem od starego miasta. Gorąco polecam!

Jak to… Tak po prostu?

Idea była wyjątkowo nieskomplikowana – wyskoczyć „na kawę”. Chodziło nam właśnie o ten ruch, o którym pisałam na początku. O złapanie ostatnich momentów kolorowej, słonecznej jesieni. Liczyła się podróż, a nie do końca samo miejsce, toteż tym bardziej pozytywnie zaskoczyło nas to portowe miasto. Od początku mocno obkroiłyśmy budżet. W Szwecji większość muzeów jest niestety płatna. W internecie znalazłyśmy jednak listę atrakcji, za które nie trzeba płacić. Dodatkowo z wielu muzeów mogą za darmo korzystać dzieci i młodzież w wieku do 19-20 lat. Ostatecznie wybrałyśmy: Muzeum Morskie, Muzeum Sztuki Współczesnej, Muzeum Narodowe oraz spacer po zabytkowej wyspie Gamla Stan. Nie mógł nas także ominąć przejazd Sztokholmskim metrem…

Metro – skalne dzieło sztuki.

Na wypad tak krótki jak nasz (wylot w sobotę rano, powrót w niedzielę wieczorem) wydawanie pieniędzy na komunikację miejską nie jest konieczne, ponieważ większość ważnych atrakcji znajduje się względnie blisko siebie. Warto jednak wiedzieć, że Sztokholmskie metro jest powszechnie uważane za najdłuższą wystawę sztuki na świecie. Całe miasto położone jest na bardzo skalistym terenie. Fakt ten wykorzystali artyści z całego świata. Zamiast betonować ponad 100 stacji, powstały niesamowite skalne malowidła. Oto kilka z nich:

 

Solna Centrum
Solna Centrum
  • Karminowa Solna Centrum, to dzieło artystów Anedrsa Åberga i Karla-Olova Björka. Mimo że na pierwszy rzut oka przypomina wnętrze wulkanu, otwarta w 1975 roku stacja przedstawia pas zielonego lasu i czerwień słońca zachodzącego za jego drzewami. Pierwotnie ściany miały przedstawiać jedynie dwa pasy kolorów. W trakcie malowania artyści, czując niedosyt, postanowili dodać coś niecoś od siebie . W ten sposób powstały ilustracje przedstawiające najczęściej poruszane problemy społeczne lat siedemdziesiątych w Szwecji: wycinanie lasów i wyludnianie obszarów wiejskich.

 

  • Kungsträdgården

    Kungsträdgården jest jednym z najstarszych parków publicznych w Sztokholmie. Nazwa (w tłumaczeniu „ogród króla”) wywodzi się z królewskiej historii tego obszaru. W latach 1643-1825 roku otaczał majestatyczny pałac Makalös. Po doszczętnym spaleniu budynku park został przeznaczony do ćwiczeń wojskowych, aż wreszcie w 1875 roku Rada Miejska Sztokholmu przejęła obszar i udostępniła go publicznie.  Kolorystyka stacji – czerwony, biały i zielony – nawiązuje do starego francuskiego ogrodu formalnego, a posągi wokół stacji są w rzeczywistości replikami sztuki zewnętrznej Makalös Palace. Według mnie jest to najciekawsza stacja na jakiej byłyśmy. Nie tylko dlatego, że tak głęboko nawiązuje do historii. Ciekawostką jest fauna na Kungsträdgården. Stacja jest jedyną jaskinią w Europie Północnej, w której żyje Lessertia dentichelis-paider (pająk). Istnieje teoria, że gatunek ten zabrał się na gapę z maszynami podróżującymi z południa Europy w trakcie budowy stacji.

 

  • T-Centralen

    T-Centralen to główny węzeł sztokholmskiego metra. Otwarta w 1957 roku, była pierwszą stacją zawierającą dzieła sztuki. Krąży teoria, że artysta Per Olof Ultvedt wybrał niebieskie odcienie ze względu na walory estetyczne oraz na ich relaksujący charakter. Możliwe, że chciał w ten sposób zbudować uspokajającą atmosferę, dla wszystkich osób spieszących się na przesiadkę na pociąg lub inną linię metra. Chęć, by przy pomocy liści i kwiatów dać pasażerom chwilę wytchnienia i szansę oczyszczenia umysłu, bardzo mnie urzekła.

 

  • Stacja Stadion pomalowana przez artystów Åke Pallarp i Enno Hallek nie jest wcale, jak by się mogło wydawać, kontrowersyjna. Biegnąca przez całą długość kolorowa tęcza nie ma nic wspólnego z ruchem LGBT. Stadion jest jedną z pierwszych stacji w Sztokholmie faktycznie wykutych w skale. W trakcie jej budowy istniały rzeczywiste obawy, że ludzie skojarzą stacje jaskiniowe z podziemiami i innymi paskudnymi miejscami. Żeby temu zaradzić, artyści postanowili sprowadzić niebo pod ziemię. Jasnoniebieski kolor i tęcza służą jako przypomnienie, że jest ono niewiele wyżej. Myślę, że warto tu też wspomnieć o znaczeniu Stadionu w historii sportu. W pobliżu znajduje się sztokholmski stadion olimpijski, miejsce olimpiady w 1912 roku. Od 1913 do 1965 roku odbywają się tu finały, podobnej do hockey’a, szwedzkiej bandy.

    

Opisy stacji powstały w oparciu o stronę visitstockholm.com, Po więcej informacji odsyłam tu: The art of the subway.  😉

Z podziemi na głęboką wodę.

Moim życiem jest morze, pasją statki, toteż nikogo nie zdziwi, że jako pierwsze odwiedziłyśmy Sjöhistoriska Museet (Muzeum Morskie).

Szwedzi od zawsze byli ludem żeglarskim. To nie niespodzianka, biorąc pod uwagę fakt, że ich kraj leży na samym środku Bałtyku. Nie jest też żadnym odkryciem, że handel morski i rybołówstwo były niegdyś filarami szwedzkiej ekonomii.

Od wejścia głównego kierujemy się na wprost i zaraz wchodzimy do dużej sali z potężną repliką rufy statku na frontowej ścianie. Po prawej i lewej stronie stoją modele szwedzkich żaglowców, a im dalej idziemy, tym więcej ich dookoła. Niesamowita precyzja i dopracowanie każdego szczegółu. Liny, nagle, kluzy, brasy, stałe części pokładu – wszystko dokładnie na swoim  miejscu. Klasa! Nie mogę się napatrzeć.

Następna sala skrywa kolejne jednostki, tym razem w mniejszych rozmiarach.

 

Jest ich dużo, fotografuję jednak mało, bo ciemno oświetlona sala nie daje mi dużego pola do popisu.

 

 

 

 

Przeskoczmy trochę nie po kolei. Wchodzimy na pierwsze piętro, gdzie nadszedł czas na chwilę odpoczynku. Od wyjścia z samolotu ciągle targamy ze sobą plecaki. Na widok wielkich foteli w kształcie dłoni oddychamy z ulgą. Lądujemy na nich bez zastanowienia. Nie mija minuta, a widzę, jak Ama przyciąga sobie do ucha słuchawkę. Przed nami na ekranie: dwie postacie. Pan i pani ubrani w kostiumy przystosowane do pracy w sztormowych warunkach. Opowiadają o swojej służbie, o tym, jak brali udział w ratowaniu emigrantów na Morzu Śródziemnym. Ale ile można siedzieć? Idziemy dalej!

Druga sala na górze wypełniona jest obrazami o tematyce marynistycznej. Mocno uderza nas płaska kreska przedstawionych tu dzieł sztuki. Wszystkie są takie.. 2D. Robię zdjęcia dwóm egzemplarzom: pierwszemu, ponieważ przedstawia historyczną wersję pływania na „diesel-grocie”, a drugiemu, bo jako jedyny nie był taki oczywisty.

Historyczny „diesel-grot”
Ten „nieoczywisty”

 

 

 

 

 

 

 

 

Miniatury żaglowców

Przedostatnia sala do jakiej zaglądamy prezentuje współczesny handel morski. Ze względu na nasz kierunek studiów (Oceanotechnika) zatrzymujemy się na dłużej przy makiecie przekroju poprzecznego kadłuba, ukazującej siłownię okrętową. Anatomia okrętów byłaby o wiele prostsza gdybyśmy mieli takie na zajęciach ;D

Zestaw Polaka za jedną szybą, czyli co Szwedzi wozili przez Bałtyk

Idąc dalej, przechodzimy przez krótkie tunele, które za szklanymi ścianami skrywają różne rodzaje przewożonych towarów. Znajdują się tu też miniatury żaglowców i frachtowców, od najstarszych do tych bardziej współczesnych. Żaglowce są umocowane w taki sposób, że na pierwszy rzut oka wydają się lewitować.

Wracamy na parter do ostatniej sali. Statki same w sobie to jedno, ale przecież nie po to były budowane, żeby później marniały w portach! Zgrabnie „płynąc” w ślad sławnych żaglowców, poznajemy trasy ich podróży i przebyte przygody. Dla Szwedów handel morski był kluczowy w kształtowaniu się życia codziennego. Dzięki podróżom do Chin, na Szwedzkie stoły zawitała na przykład kawa.

FIKu miku i w czajniku!

Jak już wspomniałam, kawa dotarła do Szwecji drogą morską. Pierwszy import datuje się na okres VII wieku. Nie od razu jednak zyskała popularność. Pomógł jej król Karol XII, wprowadzając trunek na dwór królewski. Słyszałam o tym pewną legendę. Władca niezmiernie mocno pragnął sprawdzić walory medyczne kawy i herbaty. Zaproponował więc wolność dwóm, skazanym na śmierć bliźniakom, w zamian za pomoc przy eksperymencie. Liczył na to, że zbada, który napój jest na dłuższą metę bardziej szkodliwy. Według umowy  więźniowie mieli zostać ułaskawieni pod warunkiem, że każdy z nich będzie pił dziennie trzy filiżanki odpowiednio: kawy bądź herbaty. Do pilnowania wyników król zatrudnił dwóch lekarzy, jednak bliźniacze króliki doświadczalne przeżyły nie dość, że ich obu, to jeszcze samego króla. (Nic, tylko pijemy!)

Dziś, według statystyk, przeciętny Szwed pochłania ok 8-10 kg kawy rocznie. Dużo? Mało? Dużo! Dla porównania, statystyczny Polak wypija ok. 2-3 kg rocznie…

Z czasem rytuał związany z przygotowywaniem, parzeniem i  piciem kawy doczekał się swojej osobnej nazwy. Czym dokładnie jest fika? Właściwie ciężko to sprecyzować. Nazwa powstała prawdopodobnie jako anagram słowa”kawa” (ka-ffe/ka-ffi : fi-ka). Kiedy Szwed/Szwedka mają przerwę na fikę (fikapaus), zostawiają wszelkie aktywności i idą spotkać się z przyjaciółmi, rodziną. W trakcie spotkania, oprócz kawy, serwowane są również słodkości, czasem kanapki lub inne przekąski. Najpopularniejszym dodatkiem są bułeczki cynamonowe. Jest to okazja nie tylko na odpoczynek, ale też do koleżeńskich, nieformalnych spotkań. Większość tamtejszych pracodawców uważa, że jest to idealny moment na wymianę pomysłów; luźną dyskusję o projektach etc.

Mówi się, że w Ameryce wszystko jest wielkie, uwierzcie – w tym supermarkecie też!

Jadąc z lekkim portfelem nie liczyłyśmy na nie wiadomo jakie kawowe degustacje. Chciałyśmy za to spróbować jakiejkolwiek szwedzkiej potrawy. Co ciekawe, nie spotkałyśmy nikogo, kto byłby w stanie wymienić choćby jedną! Do tej pory jestem w szoku. Na hasło „local food” ludzie robili oczy jak 5 złotych. Pani w recepcji hostelu bardzo chciała nam pomóc. Napisała na kartce adres i kazała „spróbować tam”. Google Maps zaprowadził nas do jednej z galerii handlowych, w której ludzie, słysząc to samo pytanie, dziwili się jeszcze bardziej. Ostatecznie musiałyśmy się zadowolić makaronem przywiezionym z polskiej Biedronki. Udało się nam przez to mocno zaoszczędzić na jedzeniu. Wprawdzie nie lokalnie i bardzo po studencku, ale nie chodziłyśmy głodne. Z paczki makaronu, biedronkowego fixa oraz śmietany kupionej na miejscu, wyszła kolacja na dwa wielkie talerze węglowodanów ;D Na drugi dzień, po kolejnych nieudanych poszukiwaniach, wylądowałyśmy w Macu. Jedno jest pewne, na szwedzką kawę na pewno jeszcze kiedyś wrócę.

Moderna Museet.

A Ty, lubisz sztukę nowoczesną?
A kuku!

Kawa kawą, lecimy dalej! Muzeum Sztuki Nowoczesnej, Moderna Museet, położone  jest na malutkiej wysepce w samym centrum miasta. Otaczająca mury woda dodaje temu miejscu artystycznego uroku. Na tej samej wyspie znajduje się również szkoła wyższa, Royal Institute of Art. Uczelnia szczyci się tradycjami sięgającymi aż XVIII wieku.

Sztuka nowoczesna rządzi się swoimi prawami, te z kolei nie każdemu mogą odpowiadać. Osobiście bardzo lubię ten gatunek sztuki. Nie czuję się na siłach, by w tym momencie opowiedzieć coś więcej na ten temat, toteż podzielę się z Wami dziełami, które, mniej lub bardziej, przykuły moją uwagę.

Obejrzałyśmy tu między innymi dzieła Salvadora Dali oraz Picassa.

     

   

  

  

 

Koniec remontu w Muzeum Narodowym!

W tym momencie trzeba zaznaczyć, że miałyśmy niezłego farta. Po 5 latach generalnego remontu, akurat w dniu naszego przylotu, odbyło się wielkie otwarcie Nationalmuseum. Ogromny, śliczny gmach, wypełniony eksponatami z czasów od starożytności aż do dnia dzisiejszego. Sale w różnych kolorach, piętra podzielone epokami. Zdecydowanie można poczuć klimat.

Kilka dzieł sztuki szczególnie przykuło moją uwagę. Największe wrażenie zrobił na mnie obraz, który na pierwszy rzut oka wygląda jak rozmazana plama. Dopiero gdy zajrzymy wgłąb metalowego walca, widać jak odbija się w nim postać! Obeszłam ten obraz w kółko ze cztery razy. Nie mogłam wyjść z podziwu, jak ktoś wpadł na tak pokręcony pomysł. Moja teoria brzmi następująco: jadł wyjątkowo niedobrą zupę i z nudów przeglądał się w łyżce. Nagle doznał olśnienia i postanowił stworzyć odwrotne odbicie. Zamiast zniekształceń na sztućcu, namalował rozjechany obraz, który mógł potem oglądać w swojej łyżce w trakcie posiłku.

Satyr and Nymph, Claude (Clodion) Michael (1738-1814)

Rzeźba na zdjęciu po lewej jest, w moim mniemaniu, najpiękniejszą rzeźba jaką widziałam w swoim życiu. Jej subtelność, dynamika i bijąca na odległość namiętność kochanków zdobyły moje serce od pierwszego wejrzenia. Dzieło przedstawia pocałunek Satyra z Nimfą. Michael Claude (Clodion) specjalizował się w tego typu małych rzeźbach z terakoty. Poruszał tematy erotyczne, a jego dzieła zawsze wykonywane były z wielką finezją techniczną. Ten utwór prawdopodobnie pochodzi z lat 80. XVIII wieku i jest najpewniej skończoną pracą, a nie prototypem. Warto wspomnieć, że uchodzi za jedną z najdokładniejszych dzieł artysty. Co rzuca się w oczy to to, że zamiast silnego erotyzmu praca emanuje łagodnym sensualizmem. Wystarczy przyjrzeć się scenie krótkiego pocałunku, zaledwie muśnięcia. Clodion bawi się formą. Tworzy elegancką zabawę z kontrastem pomiędzy plastyczną gładkością skóry, a graficzną naturą włosów nimfy, wyrzeźbionych w mokrej glinie. Jeśli o mnie chodzi, jest to pierwsza i jak dotąd jedyna rzeźba, która wywołała we mnie tak silne emocje.

 

Spacer przez raj dla pasjonatów wąskich uliczek, antykwariatów, kawy i mitologii nordyckiej.

Dzień drugi chcemy spędzić na spokojnie. Jemy śniadanie z zupek w proszku, wymeldowujemy się z hostelu i ruszamy w miasto. Najpierw spacer niedaleko naszego hostelu. Wąska uliczka między kamienicami faluje niczym spokojne morze. Wchodzimy do jednego ze sklepów (coś podobnego do polskiej Żabki) w poszukiwaniu snusu. Jest to bezdymna alternatywa dla papierosów. Używkę, popularną w Szwecji, Finlandii i w Norwegii, sporządzaną na bazie tytoniu, zażywa się doustnie, przez umieszczenie jej za dolną lub górną wargą. Stamtąd następuje wchłanianie nikotyny. W Polsce produkcja i handel snusem są nielegalne, można natomiast przechowywać go na własny użytek. Nie znamy się na tym totalnie, tak samo jak pani za ladą sklepu, kupujemy więc na prezent dwa różne rodzaje. Oprócz tego ładujemy do koszyka szwedzkie słodycze. Na podstawie czego dokonałyśmy wyboru? Pani zapewniła nas, że te konkretnie są „very very swedich” i to nas przekonało.

Patrząc na mapę Sztokholmu kierujemy się w dół. Zmierzamy teraz w kierunku historycznej dzielnicy Gamla Stan. Mamy tu kilka rzeczy do obejrzenia. Przysiadamy na chwilę, żeby raz jeszcze przeanalizować mapę, gdy nagle za naszymi plecami rozbrzmiewają dźwięki parady. Okazuje się, że trafiłyśmy waśnie na codzienną zmianę warty! Ciekawostką jest, że w poszczególne dni swoją zmianę rozpoczynają różne jednostki: królewscy gwardziści, lotnicy wojskowi, piechota morska, wojska konne. My trafiłyśmy na wartę straży królewskiej.

   

Idziemy dalej w poszukiwaniu najwęższej uliczki w Sztokholmie. Odnalezienie jej nie było takie proste, ale powiedzcie sami, czy nie przeoczylibyście bramy, która wygląda tak:

Wystarczy jednak przekroczyć jej próg, by zrozumieć dlaczego uliczka wylądowała na liście must see w przewodnikach.

        

 Mårten Trotzigs gränd mierzy w najwęższym miejscu jedynie 90 cm! Jest tak wąska, że mogłam spokojnie oprzeć się o nią obydwoma łokciami. Nazwa pochodzi od nazwiska kupca, Mårten’a Trotzig’a (1559-1617). W latach 1597 i 1599 kupił on położone przy uliczce nieruchomości. Zachowały się źródła z XVI wieku, które mówią, że Mårten Trotzig dorobił się jednego z największych majątków w Sztokholmie. Zmarł w wyniku pobicia w 1617 roku podczas wycieczki do Kopparberg.

Nie tylko wąska uliczka próbowała ukryć się przed naszym wzrokiem. Mocno nagimnastykowałyśmy się również by odnaleźć słynny kamień runiczny. Pochodzi on z około 1000 roku, czyli jest starszy od Sztokholmu o jakieś 200 lat. Prawdopodobnie ludzie, ok. XVII wieku, przywieźli go z okolic miasta i zwyczajnie użyli jako materiału budowlanego. Runenstein przechytrzył nas tak bardzo, że po znalezieniu, zapomniałyśmy mu zrobić zdjęcia ;D

Plac Stortorget.

Ostatnim miejscem, które chciałabym Wam opisać, jest Rynek w Sztokholmie. Jest to najwyżej położony punkt całej wyspy. Na początku średniowiecza znajdowało się tu targowisko. W 1520 roku duński król, Christin II przeprowadził na placu Stortorget egzekucję, nazwaną później krwawą łaźnią sztokholmską. Zginęło wtedy 82 magnatów szwedzkich. Swój dawny wygląd rynek zachował na zachodniej pierzei, gdzie stoją m.in. dwie kolorowe kamienice (obie z ok. 1650). Czerwona, Schantza, posiada wyraźnie wyeksponowane białe kamienie. Jest ich dokładnie 82, ku pamięci zamordowanych.

Po drugiej stronie placu stoi budynek dawnej giełdy, a dziś Muzeum Nobla. Na pierwszym piętrze co tydzień obradują członkowie Akademii Szwedzkiej, przygotowujący się do tego , by co roku zgłosić kandydatury do Nagrody Nobla we wszystkich dziedzinach.

I tak upłynął nam cały weekend. Ostatnie 2h na wyspie poświęcamy na spacer czarującymi uliczkami i kupowanie pamiątek. Trafiamy przy tym do ciekawych sklepów, takich jak np. sklep artykułów ze świata Wikingów.

Podsumowanie.

Spontaniczny pomysł, spontaniczny wypad, a w efekcie bardzo miło spędzony weekend. W lekko ponad dobę udało nam się zgrabnie prześliznąć po kulturze bardzo ciekawego kraju. Poza sezonem, oprócz atutu w postaci korzystniejszych cen, łatwo było poruszać się po mieście bez szalonego tłumu turystów. W tym miejscu chciałabym również rozwiać mit, że październik nie nadaje się na zwiedzanie Skandynawii, bo zimno. Nie prawda – było pięknie! Oczarowane kolorami jesieni, wszechobecną w stolicy wodą, architekturą miasta i historią, jaką w sobie skrywa, wróciłyśmy pełne pozytywnej energii, gotowe do dalszego działania! Wprawdzie pierwotny plan nie został w całości wykonany (nie byłyśmy na kawie, nie zjadłyśmy żadnej lokalnej potrawy, a antykwariat morski okazał się zamknięty), ale za to mamy po co wracać!

Na koniec chciałabym bardzo podziękować Amelii (@ejmi.jpg) za cudowne zdjęcia! Bez nich relacja z wyjazdu nie była by tak kolorowa 🙂

Z innej beczki.

Na koniec wrzucam kilka zdjęć, które nie pasowały do żadnej z historii, a jednak mają w sobie coś, co sprawia, że chciałabym się nimi podzielić. 😉

Szwedzi piją Fantę w proszku. Wystarczy kupić saszetkę i rozpuścić w wodzie (nie wychodzi taniej).
Drzwi w toaletach nie mają zasuwki do zamykania. Jest klamka. Góra – zamknięte, dół – otwarte.
W całym mieście można spotkać figurki lwów różnego rodzaju. Nie udało mi się jeszcze dowiedzieć, co symbolizują.

 

Jeśli spodobał Ci się mój wpis i chcesz na bieżąco śledzić zakręcone ścieżki moich podróży, to świetnie! 🙂 

Zapraszam Cię na mojego Instagrama Facebooka, na pewno nic Ci nie umknie! 

 

20 komentarzy

  1. Świetna przygoda 😀 Nie słyszałam wcześniej o tej stronie ale chętnie sprawdziłabym coś podobnego z opcją „take me anywhere” ale w obrębie miasta. Żeby wyskoczyć w jakieś losowe miejsce. Jakiś park albo coś w tym stylu.. Ciekawe czy jest coś takiego

    1. Ciekawe pytanie! Aż muszę poszukać, w dużym mieście faktycznie mogłoby się przydać. Myślę, że nawet jeśli jeszcze nie ma, to tylko kwestia czasu, jak pojawi się jako jedna z opcji JakDojadę albo Google Maps 😉

      Rozi
  2. Bardzo inspirujący post 🙂 Uwielbiam takie spontaniczne wypady. Nie byłam nigdy w Sztokholmie, więc z zaciekawieniem czytałam Twój tekst. Piękne miasto, śliczne zakątki, ciekawe muzea. Ah, i nie spodziewałam się, że Szwedzi są takimi kawoszami 🙂 Już ich lubię!

Pozostaw odpowiedź Monika Kilijańska Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *