Myślałam, myślałam i ciach – wymyśliłam. Trochę przez sentyment, bo nasza wycieczka odbyła się niemal dokładnie rok temu, a trochę dlatego, że jak już Wam (tutaj) napisałam, moja podróż przez świat wiedzie do celu zupełnie naookoło – wpisy będą odrobinę nie po kolei.

Zacznijmy od…

…Londynu!

Przyznaję się otwarcie i bez bicia, że Londyn nigdy nie był na mojej liście „must see”. Wręcz przeciwnie, widniał gdzieś na końcu zbioru europejskich miast, które chciałabym odwiedzić. Za to Aleksandra (którą gorąco pozdrawiam!) marzyła o nim już od dłuższego czasu i jako moja mistrzyni wynajdywania tanich lotów, podsuwała mi pod nos coraz atrakcyjniejsze oferty. Pewnego dnia przeglądałam swoją szafę, a ona zawzięcie, z nosem wciśniętym w iPhone’a, wertowała samoloty. Totalnie zawiedziona zawartością swojego mebla, z kwaśną miną odwróciłam się do kumpeli z retorycznym pytaniem: „Idziemy na zakupy? Nie mam żadnych fajnych ciuchów!”. Ola podniosła głowę znad ekranu swojego telefonu i z nadzieją w głosie powiedziała: „Ale do Londynu? Właśnie znalazłam super tanie loty!”. Niecały miesiąc później ładowałyśmy się na pokład samolotu… Londyn jednak nie był przygotowany na tak spontaniczną decyzję…

Przyjeżdżamy, a dookoła nic tylko… REMONT!

I to dosłownie: Big Ben, Palace of Westminster, wystawa japońska w British Museum, słynne pasy na Abbey Road etc. Wszystko postanowiło przejść przez proces upiększania akurat w trakcie naszego pobytu. No, może oprócz peronu 9 i 3/4.. Ale, ale! Zacznijmy od początku.

Już pierwsze kilka godzin pobytu nie oszczędziło nam przygód. Jako pierwszy zaliczyłyśmy najdroższy przejazd metrem w życiu. Muszę napomknąć, że w dniu naszego przyjazdu w Londyńskim metrze miał miejsce zamach (o czym dokładnie informowała mnie moja mama SMS-ami wysyłanymi z Polski). W wagonie, w którym siedziałyśmy, nie było wielkich tłoków. Oprócz nas i parunastu Londyńczyków, przy drzwiach wejściowych, na środku podłogi nagle znalazła się wielka, czarna walizka. Jestem raczej mało strachliwą osobą, ale uwierzcie, był to moment, w którym 3/4 mojego życia przeleciało mi przed oczami. Na jednej ze stacji wszedł do wagonu mężczyzna, najpewniej student, taki wiecie, typu filozof-artysta. Przejechał zaledwie jedną stację z oczami wielkości spodków od filiżanek z angielską herbatą, a gdy tylko pociąg stanął – wyskoczył na peron. Mimo kilkunastu minut strachu szczęśliwie udało nam się dojechać do celu. Była godzina około 1 w nocy, byłyśmy zmęczone i marzył nam się prysznic. Na miejscu czekała nas jednak nowa niespodzianka.

„The Dictionary Hostel” czyli hostel-słownik-labirynt.

Chwila przerwy w atrakcjach na opis naszej noclegowni. Osadzony w starej, londyńskiej kamienicy, literowy labirynt zrobił na nas niemałe wrażenie. Na końcu rozgałęzionych we wszystkich kierunkach korytarzy znajdowały się pokoje – każdy o nazwie innej litery alfabetu. Oprócz tego, na terenie całego hostelu porozwieszane były tabliczki informacyjne, stylizowane na fragmenty wycięte ze słownika. W pokoju miałyśmy do dyspozycji huśtawkę.

 

 

 

 

 

 

 

Jak już wspomniałam, hotelowe atrakcje zaczęły się od pierwszego kontaktu z recepcją. Jeszcze w Polsce przelałyśmy pieniądze na nocleg na konto Oli. Jej bank po prostu korzystniej przeliczał kurs. Bez dużej ilości gotówki w portfelach, przekonane o genialności swojego planu, podchodzimy do lady, a tam okazuje się, że akurat w tym dniu, jednym, jedynym w roku, bank Oli ma dzień prac technicznych i żaden przelew nie jest możliwy. Chwilę trwało wytłumaczenie przesympatycznej pani „What’s wrong with polish banks exactly today”. Ostatecznie udało nam się wynegocjować przeciągnięcie zapłaty do następnego dnia.

Londyn „trzeba” zwiedzać pieszo.

Przerażone rachunkiem za nasz nocny przejazd metrem postanowiłyśmy zwiedzać tylko na piechotę. Zaczęłyśmy od poszukiwań niejakiej „Szyszki”, czyli budynku o nazwie 30 St Mary Axe. Szybko odkryłyśmy, że żadna z nas nie pomyślała o zabraniu ze sobą angielskiej przejściówki do kontaktu, toteż papierowa mapa, którą na szczęście zabrałam ze sobą, niepodważalnie wkupiła się w nasze łaski. (Gdybyście mieli kiedyś podobny problem polecam zajrzeć pod link –> klik) Szyszkę udało nam się zlokalizować naprawdę szybko i myślę, że zdjęcie stanowiące dowód w zupełności wystarczy.

Kolejny przystanek to słynny Tower Bridge. Zupełnie przypadkiem trafiłyśmy akurat na płynące pod mostem żaglówki. Jako pasjonatkę bardzo zainteresował mnie nietypowy żagiel znajdujący się u topu masztu.

Okazało się, że są to barki żeglarskie, w oryginale: „Thames Sailing Barge”. Budowane z angielskiego dębu, odegrały dużą rolę w Londyńskim handlu. W XVII i XVIII wieku służyły do przewożenia towarów między dużymi statkami, a nabrzeżem miasta. Ostatnia zanotowana budowa datuje się na 1928 rok. W czasie drugiej wojny światowej, jako jedyne jednostki przystosowane do płytkich, angielskich wybrzeży, służyły do przewożenia amunicji. Ze względu na proste w obsłudze ożaglowanie barka wymagała tylko dwóch osób do jej prowadzenia. Podczas gdy mężczyzn wzywano do walki, często jako załogę obsadzano kobiety i chłopców. W 1954 roku 160 barek wciąż pracowało jako statki handlowe. Dziś stanowią przede wszystkim atrakcję dla turystów, biorąc udział w licznych paradach etc.

Wróćmy do naszej podróży. Dziarskim krokiem ruszyłyśmy na poszukiwanie słynnego Big Ben’a oraz europejskich kontaktów, żeby podładować padające telefony. Po drodze krótki przystanek przy Katedrze św. Pawła i drugie śniadanie.

Gdy pada pytanie jakich kilku słów użyłabym, by opisać Londyn, odpowiadam: muzyka i zapachy. Nigdy nie widziałam miasta, które jest tak wybuchową mieszanką kultur z całego świata, jednocześnie zachowując styl i klasę, jak na angielskie zwyczaje przystało. Nie ma w nim miejsca, w którym nie dałoby się posłuchać ulicznych grajków, a każda dzielnica jest jak miniatura zagranicznego miasta. To tak, jakby ktoś zaznaczył fragment terenu, np. Szanghaju, a później ctrl+c, ctrl+v, kopiuj-wklej, upuścił kursorem w granicach tego angielskiego miasta. Wystarczy skręcić w przecznicę obok, żeby z Indii magicznie przenieść się do Turcji itd. Oprócz melodii napływających do uszu, nie da się pozostać obojętnym wobec kulinarnych zapachów nadlatujących wprost do naszych nosów. Gdyby nie zminimalizowany budżet, jaki przeznaczyłyśmy na posiłki (właściwie znacznie lepiej niż posiłek pasowałoby tu słowo „prowiant”), myślę, że sprawdziłabym smaki każdej knajpy, z której wydobywał się nie znany mi wcześniej zapach. Problem pojawiłby się zapewne dopiero na lotnisku, okrągła jak beczka z pewnością zajęłabym więcej niż jeden fotel w samolocie…

Przemierzając zatłoczone uliczki czułam się jak na ogromnym jam session, gdzie rolę sceny odgrywa miasto, a tempo nieprzerwanego koncertu wyznacza ruch i pora dnia. Ludzie używają swoich rodzimych tradycji jako instrumentów, by poprzez granie, gotowanie, ubiór etc. w akompaniamencie własnej kultury, wyrazić brzmiące w ich sercach melodie codzienności. Londyn tętni w rytmie jazzu. Swoją tendencją do barwnej improwizacji przyciąga indywidualistów z całej kuli ziemskiej – i to czuć.

Jedną z dzielnic, która wciągnęła nas na dłuższą chwilę, było oczywiście londyńskie Soho. Dokładnie w tym miejscu wpadłyśmy w wir wszechobecnych remontów. Zaczęło się od skrzyżowania Piccadilly Circus, na którym zastałyśmy caluśki w rusztowaniu, słynny z wielu filmowych kadrów, przeogromny bilbord reklamowy. Krótkie rozczarowanie kilka minut później przysłoniła radość, znalazł się bowiem McDonald z pełnym zestawem przejściówek do ładowania telefonu. Zaopatrzone w zapas prądu, ruszyłyśmy dalej.

Soho, znana przede wszystkim jako ta artystyczna i mocno zmiksowana kulturowo część West Endu, szczególnie przypadła do gustu Chińczykom. Osadzone w samym centrum dzielnicy Chinatown uderzyło w nas wszystkimi kolorami świata, a spacer między kamienicami uatrakcyjniła wielka chińska pozytywka, grająca melodię w momencie wybicia pełnej godziny.

Największy sklep z cukierkami w Europie.

Dziecięca ciekawość nigdy by nam nie wybaczyła gdybyśmy, będąc TAK blisko, nie wstąpiły tam chociażby na chwilkę. Mowa oczywiście o, wielkim na ponad 3000 m2, 4-poziomowym M&M’s World! Oszałamiająca ilość kolorowych czekoladowych kulek, pakowanych w wielkie tuby zaopatrzone w kraniki. Wystarczyło złapać za papierową torebkę, by stworzyć unikalną M&M-sową kombinację. Oprócz słodyczy w sklepie można kupić wszelkiego rodzaju gadżety, a także spotkać cukierkowe wydanie zespołu The Beatles. Słodkie Abbey Road znajduje się na najniższym piętrze sklepu.

 

 

 

Po drodze zahaczyłyśmy jeszcze o sklep Lego, będący dokładnie na przeciwko. Zaraz później ruszyłyśmy (w końcu!) w stronę długo wyczekiwanego Big Ben’a.

Big Ben w kubraku z rusztowania.

I oto jest! Po przejściu (jak nam się wówczas wydawało) całego Londynu, wyłonił się zza budynków w swej pełnej okazałości. Nie wiem co więcej mogę o nim powiedzieć. Na pewno jest mniejszy niż się spodziewałam. ^^ Pod spodem kilka zdjęć i lecimy dalej.

Wracając – McDonald, żeby naładować baterie. Swoją drogą, wiecie, że Mac w Londynie nie ma w swoim menu opcji „Two for You”? Szok. Zaraz za ścianą znalazłyśmy jeszcze sklep Shrek’a, w którym odkryłam swoje mimiczne podobieństwo z osłem.

 

 

 

 

 

 

 

 

To jest chwila, w której moje stopy zaczęły odmawiać posłuszeństwa. Stało się tak tylko i wyłącznie z mojej winy, ponieważ postanowiłam pojechać w podróż w dwa dni wcześniej kupionych butach… Mimo to, zgodnie z wcześniejszym postanowieniem, ostatnią atrakcję pierwszego dnia pobytu zaliczyłyśmy również pieszo.

Harry Potter wbiegał w ścianę galerii handlowej. Peron 9 i 3/4 nie jest na peronie.

Jest to chyba moje największe rozczarowanie w całej podróży… No bo jak to tak? Pamiętam, że jak doszłyśmy do dworca to było już ciemno. Budynek z zewnątrz wygląda niesamowicie. Niestety nie mam zdjęć, ale Harry’ego Potter’a każdy przecież oglądał… Zachwycone architekturą weszłyśmy do środka, a tam – bramki. Bez ważnego biletu na pociąg nie da się przejść na peron dworca. Kosmos. Totalne rozczarowanie. Wreszcie zza sklepowych witryn wyłonił się ON. Nie, nie sam Harry –  jego sklep. Obok niego faktycznie upozorowana została ściana ze „znikającym” wewnątrz wózkiem. To jeszcze nie wszystko. żeby dostać się pod samą ścianę musiałyśmy swoje odczekać w zakręconej jak na lotnisku kolejce. Wreszcie na jej końcu otrzymałyśmy od sympatycznej pani z aparatem szalik (barwy były do wyboru według uznania). Następnie owa pani dawała znak by podskoczyć, a druga podrzucała do góry szalik. Pstryknięte zdjęcie kilka sekund później widniało już na ekranach w sklepie – gotowe do kupna. Na szczęście po odczekaniu do zamknięcia sklepu, miłe panie zniknęły i mogłyśmy zrobić własne zdjęcia, po swojemu.

Tamtego dnia zrozumiałam znaczenie powiedzenia „nogi Ci wejdą w tyłek”.

Nie wiem jakim cudem doczołgałam się do pokoju. Przysięgam, pamiętam tylko, że Ola ciągle próbowała mnie pocieszać, mówiąc że już blisko, a ja mocno powstrzymywałam się żeby nie zacząć krzyczeć z powodu bolących stóp. Wydawało mi się, że każdy następny krok jest moim ostatnim. Po przyjściu do hostelu czekała nas jeszcze miła karteczka na drzwiach naszego pokoju o literce „W”:

No tak, wypadałoby w końcu zapłacić… Mimo wszystko odłożyłyśmy sprawę na drugi dzień. Licznik ruchu w moim iPhonie pokazywał 43 130 zrobionych kroków, co dało łącznie 26,7 km pieszo, na różnicy wysokości 24 pięter. Jedyne co udało mi się zrobić przed wejściem na łóżko piętrowe, to ściągnąć buty. Pamiętam, że nogi bolały mnie tak bardzo, że postanowiłam odłożyć do rana nawet toaletę.

Ciekawostki, których nie znajdziecie w przewodnikach.

Wiedzieliście na przykład, że przystanki autobusowe w Londynie stoją frontem odwrotnie niż u nas, w Polsce? Potencjalni pasażerowie siedzą tyłem do ulicy, mało tego, przystanek nie gwarantuje żadnej osłony od wiatru, a ławki skonstruowane są tak, że nie da się na nich usiąść, a jedynie oprzeć. Odkryłyśmy to drugiego dnia, po tym jak Vincent (sympatyczny chłopak mieszkający w naszym hostelu, który, jak tłumaczył, zarabia na życie jeżdżąc po świecie i fotografując przypadkowych ludzi) podpowiedział nam jak nie stracić majątku na komunikację miejską. Okazało się, że londyńską kartę oyster card, oprócz kupowania biletów okresowych, można załadować dowolną kwotą pieniędzy (minimum 5 £). Od tej pory jeździłyśmy tylko piętrowymi autobusami. Metro okazało się dla nas za drogie, bowiem za każde przejście przez bramki zżerało nam z karty pieniądze. Autobusy były bardziej opłacalne, choć do tej pory nie jesteśmy pewne jaki dokładnie kierował nimi algorytm. Po wejściu do autobusu należało odbić kartę przy czytniku, który pokazywał ile pieniędzy jeszcze na niej zostało. Przed przystankiem docelowym należało przed wyjściem odbić ponownie kartę, również odczytując ile pieniędzy wciąż na niej widnieje. Pewnego razu, wsiadłyśmy do autobusu, przykładamy karty, a tam 00,00 £. No i co teraz! Spojrzałyśmy na siebie i wyskoczyłyśmy na zewnątrz. Wróciłyśmy do metra żeby sprawdzić stan karty w automacie – nadal 5 £. Jak to? Miły pan z obsługi wytłumaczył nam zaraz, że po odbiciu karty mamy określony czas na przesiadki. Wszystko ok, ale do tej pory nie wiemy ile on trwa i ile przesiadek możemy mieć na jedno odbicie – za każdym razem czytniki pokazywały nam coś innego. Mimo wszystko, jest to zdecydowanie najtańsza forma poruszania się komunikacją miejską.

Kierunek – dinozaury!

Drugi dzień, zaraz po uregulowaniu płatności za nocleg, postanowiłyśmy zacząć od Natural History Museum. Przede wszystkim chciałabym tu powiedzieć, że ogromne wrażenie zrobił na mnie sam budynek muzeum. Jest po prostu przepiękny. Po wejściu do środka od razu widać podwieszony pod sufitem szkielet dinozaura. Zapewniam, ze można się poczuć jak wrzuconym w scenę jednej z części filmu „Noc w muzeum”. Oczywiście remontów ciąg dalszy. Najsłynniejsze skrzydło muzeum, czyli Tyranozaur Rex był akurat w trakcie prac konserwacyjnych. Widziałyśmy za to wieloryba odtworzonego w skali 1:1.

Kierunek – zachód.

Kolejna atrakcja to południk 0. Nie wchodziłyśmy do środka Obserwatorium Greenwich. Wiedziałyśmy wcześniej, że przechodząc przez boczną furtkę można linię dzielącą półkule zobaczyć za darmo.  Ciekawostka: wszystkie oszczędzające osoby spotkane za boczną furtką okazały się Polakami. Stojąc tam, poświęciłam kilka minut na zastanowienie się, czy z prawą nogą po jednej, a z lewą po drugiej stronie, stoję na wschodniej, czy też zachodniej półkuli? Do tej pory nie jestem w stanie ukierunkować swojego zdania, może Wy znacie odpowiedź?

Zaraz przy południku znajduje się najbardziej wyczekiwane przeze mnie miejsce, a mianowicie National Maritime Museum, czyli po prostu tamtejsze Muzeum Morskie. Niestety, wchodząc nie zauważyłyśmy karteczki informującej o wcześniejszych godzinach zamknięcia (wyjątkowo). W związku z tym, że nie udało nam się zwiedzić najciekawszej części muzeum, jestem zmuszona wrócić tam jeszcze i nadrobić zaległości. Myślę, że nie ma sensu Was dalej katować (i tak jesteście r e w e l a c y j n i  docierając aż tu!) połowicznie zgłębionym tematem, wobec tego obiecuję, że kiedyś wrzucę osobny post poświęcony historii angielskiej floty.

Przez koparki w ślad Beatles’ów.

Następnie ruszyłyśmy w kierunku moich wymarzonych pasów na Abbey Road. Długo, dłuuuugo jechałyśmy autobusem, podziwiając przez okno przyodziane w mundurki dzieci z angielskich szkół. Nawigacja od samego przystanku pokazywała nam właściwą ulicę, a pasów jak nie było tak nie było. Mijamy jedne – Ola mówi, że za brzydkie (normalne były po prostu), mijamy drugie.. nie, na pewno też nie. Wreszcie dotarłyśmy do pomarańczowych pachołków wyznaczających granice prac drogowych. Czy zgadniecie co znalazło się dokładnie między nimi? Tak jest! Pasy ze słynnej okładki Beatles’ów, stare, wyświechtane, dodatkowo oblegane non stop przez tłum turystów.

 

 

 

 

 

 

 

Z powrotem jak zwykle – naokoło.

Z Abbey Road miałyśmy wracać autobusem. Nie pamiętam już dokładnie jaki problem pojawił się na biletomacie, ale spóźniłyśmy się przez to na bezpośrednią linię do hostelu. Nie wiem jak to się stało i myślę, że Ola ma podobne odczucia co do sytuacji, która wówczas zaistniała. Po przesiadce miałyśmy kilka minut do następnego autobusu, który planowo miał nas przewieźć przez ostatnie 5 przystanków. Jakimś cudem, w trakcie podróży zorientowałyśmy się, że jedziemy w drugą stronę… mniej więcej po 20 przejechanych przystankach ;D Zdarzało mi się wcześniej pomylić perony i pojechać, na przykład, w stronę Berlina zamiast Warszawy, ale przyznaję, ten przejazd w złym kierunku zaliczam jak na razie do najdłuższych. Autobus wywiózł nas aż na lotnisko, ale na szczęście zdążyłyśmy na ostatni kurs z powrotem do miasta.

W dniu wylotu.

Z samego rana, z plecakami na plecach, opuściłyśmy nasz sympatyczny hostel. Przed nami ostatni punkt programu – British Museum. Pierwsze (i póki co ostatnie) muzeum, w którym ochroniarz na wstępnie zadał nam pytanie czy mamy w tych plecakach broń. O dziwo uwierzył nam na słowo.

Czy to prawda, że na zwiedzenie całego muzeum potrzeba co najmniej kilku dni? Jeżeli chce się stanąć przy każdym eksponacie, na spokojnie poczytać i pooglądać to z pewnością tak, bo budynek jest ogromny. Sam w sobie robi wrażenie, szczególnie jasna hala w środku, z której  korytarze prowadzą na poszczególne wystawy. Nie będę ściemniać, całość obeszłyśmy w 2h, w biegu na samolot, więc nie czuję się za bardzo kompetentna do opisywania tej turystycznej atrakcji. Nie mniej jednak zamieszczam zdjęcie i gorąco zachęcam wszystkich zwiedzających, by wstąpili choć na chwilę, poobcować ze sztuką.

Podsumowanie.

Ten krótki, spontaniczny, jesienny wypad będę zawsze wspominać z uśmiechem na twarzy. Jechałam bez żadnych oczekiwań, jak dziecko, które łapie za brzydki z zewnątrz kalejdoskop, ale po spojrzeniu wewnątrz nie może oderwać oczu od zmieniających się kolorów. Zazwyczaj unikam miast, szybkiego tempa życia i panującego dookoła zgiełku. Zamiast tego marzy mi się amazońska dzicz i obcowanie z surową naturą. Gdyby się tak jednak na chwilę zatrzymać i zastanowić.. Czymże jest, ubrany w tak wiele barw Londyn, jeśli nie swego rodzaju kulturową dżunglą? A czy istnieje taka dżungla, która nie skrywa w sobie wartych odkrycia tajemnic…?

Z innej beczki.

Na koniec wrzucam kilka zdjęć, które nie pasowały do żadnej z historii, a jednak mają w sobie coś, co sprawia, że chciałabym się nimi podzielić. 😉

Nie wszystkie budki w mieście są czerwone!
Teoria przebiegu istnienia dinozaurów.
W Londynie da się przeżyć dzień za 3£ na „posiłek”
Wtapiam się w tłum.
Z jedną z załóg regat America’s Class (Land Rover)
Przepiękna Cutty Sark

 

Tym samym dotarliśmy do końca podróży! Pierwszy nadmiar gnieżdżących się w mojej głowie literek został wylany: czarno na białym. Chciałabym Ci serdecznie podziękować za poświęcony czas i przeczytanie aż tylu nagryzmolonych słów. Dopiero zaczynam swoją, zarówno podróżniczą, jak i blogger’ową przygodę. Na pewno znajdzie się, tu i w następnych postach, parę błędów, więc bardzo proszę nie krępuj się i zwróć mi uwagę, jeżeli takie zauważysz.

14 komentarzy

    1. Cały czas nie mogę wyjść z podziwu jak idealnie w tym mieście współgra to ze sobą.
      Dzięki za radę, następnym razem na pewno wezmę ją pod uwagę 😉

      Rozi
  1. Jeszcze nie byliśmy, ale widzę, że na każdego odwiedzającego czeka wiele różnorodnych wrażeń, a ich intensywność pewnie jest czasami wręcz i przytłaczająca. 🙂

  2. Fajna wyprawa! Dużo cennych informacji zawarłaś w tym poście. Mam w planach zwiedzić Londyn, więc na pewno będę sugerować się Twoimi wskazówkami 🙂 Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *