Jestem obserwatorem czasu. Patrzę, słucham i analizuję ludzką bieganinę. Czuwam, a czuwając stawiam znaki zapytania.. a później łączę ich kropki.

Czas, którym dysponujemy, nigdy nie zmieniał tempa. Mówimy, że nam ucieka, że coraz szybciej płynie, a my nieustannie próbujemy za nim nadążyć. Prawda jest taka, że przegoniliśmy go już dawno i teraz to on jest tym zdezorientowanym graczem. Dał się zapędzić w kozi róg, stłamsić przez nieuporządkowany rytm świata, jego niestałość i pęd.

Próbujemy dzielić czas na dwoje i troje, kryjąc się pod modnym pseudonimem „multitasking”. Nie skupiamy swojej uwagi na jednej czynności o najwyższym priorytecie, a łapiemy się za kilka na raz. Byleby zdążyć. Kiedyś życie człowieka można było porównać do pełnometrażowego filmu, w którym poszczególne chwile, wydarzenia, to sceny lub kadry. Dziś pokusiłabym się o stwierdzenie, że żyjemy  jakoby w serialu. Nasze życie to cała produkcja, a chwile i wydarzenia – poszczególne odcinki, lub nawet całe sezony. O ile więcej można upchnąć w jednym odcinku, niż w jednej scenie? Zostańmy oczywiście przy koncepcji, że w naszym porównaniu chwila czasowo równa się chwili. Dodatkowo pamiętajmy, że serial nigdy nie jest permanentnie zakończony. Autor zmykając sezon zostawia sobie w fabule otwartą furtkę, bo a nóż widelec będzie mógł później dokręcić coś jeszcze. Film zakłada jeden duży życiowy cel – punkt kulminacyjny, tajemnicze katharsis. Coś, do czego uparcie dążymy, potykamy się przy tym i podnosimy. Forma serialu dopuszcza większe rozdrabnianie się, możliwość ciągłej zmiany, odpuszczania i zaczynania całkiem od nowa. Często czegoś innego, zastępczego. Jak to się ma do wewnętrznej satysfakcji?

Chwile ulotne. Rzym, październik 2019 r.

Coś, co wydarzyło się w biegu, nie zostało przeżyte, a jedynie odbyte,  odhaczone, zostawia  po sobie niedosyt. Człowiek, choć czasem nieświadomy, ma wrodzoną potrzebę głębokiego odczuwania. Jeżeli nie dopuścimy do siebie potrzeby refleksji, uschniemy. Jak roślina, która ma zapas wody i słońce nad sobą, lecz jego promienie zasłonięte są przez chmury. Refleksja jest w naszym życiu jak wiatr dla rośliny. Gdy brakuje nam światła, odsłania je.

Z herbatą w termosie zaszyłam się pod kocem, by w wigilijny poranek, wśród zapachu cynamonu, wystukać na klawiaturze ten apel do człowieczeństwa. Robię to, bo marzy mi się świat, w którym błąd nie jest błędem. Taki, w którym nasze dusze dochodzą do głosu i wykrzykują prawo, które pozwala od czasu do czasu zaciągnąć hamulec. Bo marzy mi się codzienność, w której potrafimy sprawy kończyć, zamykać i, z ewentualnym sentymentem, ale przede wszystkim czystym sercem, odkładać na półkę wspomnień. A potem, z podniesioną głową i pełnym zaangażowaniem, móc iść dalej – przed siebie.

Nie szukam okazji do wyrzucenia z siebie bólu o kryzys wewnętrznej integralności człowieka, o spór żyjącej w komercyjnym świecie istoty i jego wewnętrznego „ja”. Chcę tylko przytrzymać nas mocniej przy konkrecie głębokiego przeżywania. Chcę prosić, o zatrzymanie się na chwilę i zastanowienie, czy to, za czym akurat biegnę, jest tym, za czym biegać chcę.

O to, by czas który posiadamy móc spędzać, a nie zapędzać.

 

7 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *